Blog post

HAVANA – MOJE PIERWSZE WRAŻENIA, CZYLI KILKA HISTORII Z KUBY

Dzień dobry!

Kontynuuję moje zaległości związane z ubiegłorocznymi podróżami. Czas na najbardziej nietypowe miejsce, w jakim byłam, a mianowicie – Havana, czyli stolica Kuby. Dzisiaj podzielę się z Wami moimi pierwszymi wrażeniami i kilkoma historiami, które zapadły mi w pamięć. Zapraszam do lektury!

Na Kubę lecieliśmy z Berlina z przesiadką w Londynie i Toronto. Wylądowaliśmy po kilkunastu godzinach lotu totalnie zmęczeni. Przeszliśmy wszelkie kontrole, zatem idziemy po bagaż. Wysyłam krótkiego sms-a do mamyDotarliśmy na Kubę, więcej nie piszę, bo sms-y drogie :D Buziaki!:*.

***

Mat od kilkunastu minut powtarza w kółko „Zobaczysz, że nie będzie naszych bagaży„, ja za każdym razem odpowiadam „Nie kracz, na pewno będą„. „Ile można tego słuchać” – wkurzam się w myślach, ale nic nie mówię. Na lotnisku totalny armagedon. Niczyje walizki walające się na środku holu. Zupełnie nieoczekiwanie gaśnie na kilka sekund światło. Myślę sobie „Oho, witamy na Kubie!„. Mnóstwo ludzi oczekujących na swój bagaż. Pół godziny czekania aż bagaże zaczną wyjeżdżać. Są, jadą… Pierwsza tura… Lodówki, telewizory, klimatyzatory, dziwnie zapakowane wielkie kartony, oklejone taśmą walizki… Druga tura, trzecia… Rzeczywiście nie ma naszych bagaży. WTF. Mat chyba jednak miał rację. Ja, totalna optymistka, czekam jeszcze na jakiś cud. „Niech wyjadą, niech wyjadą” – powtarzam w myślach. W międzyczasie zauważam, że złamałam paznokcia. Później będę się tym przejmować. Jest cholernie gorąco, stoję w jeansach i adidasach. Dlaczego, do cholery, nie spakowałam do bagażu podręcznego klapek? I co będzie, jeśli naprawdę zaginęły nam bagaże? Przecież tu nie ma ani Internetu, ani normalnych sklepów, więc jak kupię jakiekolwiek ubrania?! W plecaku mam aparat, muszę przecież zrobić zdjęcia na bloga! Co ja zrobię, jeśli to prawda?! Panikuję w myślach i cały wyjazd spisuję na straty. Nadal jednak ślepo wpatruję się w pustą taśmę, która, jak na złość, ciągle się kręci. I nagle, jak na złość, przestaje. Tabliczka z napisem TORONTO gaśnie, odbierając mi jakąkolwiek nadzieję. Rzeczywiście, nie ma naszych bagaży. Jednak wysyłam kolejne sms-y.

  • Mamo, chyba zaginęły nasze bagaże. I złamałam paznokcia. Najgorzej…
  • Na pewno się znajdą, nie martw się. Uważajcie tam na siebie! 

Stoję na środku lotniska, mam łzy w oczach i tylko obecność Mata sprawia, że powstrzymuję się przed wybuchem płaczu. Jakoś damy radę, musimy to ogarnąć. Idziemy do kolejki LOST & FOUND. Okazuje się, że nie tylko my mamy problem. Przed nami stoi kilka osób, więc cierpliwie czekamy. Za nami ustawia się kolejnych kilka osób. Całkiem nieźle jak na tak małe lotnisko. Zdajemy sobie sprawę, że jeśli bagaż rzeczywiście zaginął, to zostanie nam odesłany prawdopodobnie w poniedziałek (jest sobota), natomiast dotrze najwcześniej we wtorek. A my we wtorek lecimy dalej, do Meksyku... Rewelacja.

Przychodzi nasza kolej. Pokazujemy swoje paszporty, numery przypisane bagażom. Pani wklepuje coś w komputer. Hmm, czyli jednak mają Internet? Próbuję jakimś cudem zerknąć do monitora. Pani mówi coś łamaną angielszczyzną pomieszaną z hiszpańskim. Wypisuje jakieś kartki z numerami, wychodzi wraz z nimi z biura. Chyba każe nam iść za sobą, więc idziemy. Na migi pokazuje Matowi, żeby wszedł do jakiegoś pomieszczenia z bodajże panem ochroniarzem. Mat wchodzi. I wychodzi z naszymi bagażami… Szczerze? Jeszcze nigdy w życiu nie cieszyłam się tak na widok swojego plecaka! Odetchnęłam z ulgą. Wychodzimy z lotniska, wymieniamy pieniądze w kantorze i łapiemy TAXI, która wiezie nas do mieszkania wynajętego przez AirBnb.

***

***

Taksówkarz mówi po angielsku, nieustannie nas zagaduje, opowiada o swojej byłej uczelni i aktualnej pracy. Auto nowe, czyste, klimatyzacja na najwyższych obrotach. Jego telefon to iPhone 7. Całkiem nieźle jak na kraj, w którym średnia miesięczna zarobków to 30 USD. Bierze od nas numer telefonu do właścicielki mieszkania, dzwoni do niej i pyta o dokładny adres. Jesteśmy tym pozytywnie zaskoczeni. W międzyczasie obserwujemy krajobraz za oknem. Totalnie odmienny od tego, jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Mijają nas kolorowe, stare auta, które znamy ze zdjęć. Cieszę się jak dziecko, gdy widzę te różowe i oznajmiam Matowi, że ja to na pewno będę takim jeździć, nie ma innej opcji. Kierowca podwozi nas pod same drzwi. Płacimy, dziękujemy, wysiadamy. Jesteśmy na miejscu. Witamy się z właścicielką – starszą panią, byłą nauczycielką, o czym dowiadujemy się później. Mówi nam, że możemy jeść śniadania u niej w jej drugim mieszkaniu. Dziękujemy za możliwość i oboje w myślach raczej z góry zakładamy, że pójdziemy tam maksymalnie raz, a w pozostałe dni zjemy jak zwykle coś na mieście. Jeszcze nie wiemy, co nas czeka. Właścicielka jest mega sympatyczna. Wymienia nam nawet pieniądze na te ichniejsze. Pokazuje mieszkanie – niebieski pokój, który wynajęliśmy głównie ze względu na kolor. Musi być jedną z bogatszych mieszkanek Havany, skoro posiada dwa lokale do wynajęcia. Ogarniamy się i wychodzimy na podbój Havany. Jesteśmy cholernie głodni, więc za zadanie stawiamy sobie znalezienie miejsca, w którym zjemy – nie mamy Internetu, TripAdvisor odpada.

***

***

Idziemy ulicą. Totalny armagedon. Brud. Częściowo rozburzone budynki. Obdrapany tynk. Dzieci bawiące się w kupie żwiru. Bieda, jakiej w życiu nie widzieliśmy. Czuję, że zaraz chyba pęknie mi serce. Idziemy obok siebie, w totalnym milczeniu. Gdzieniegdzie dostrzegam miejsca, w których jedzą miejscowi, ale jakoś chyba nie miałabym odwagi cokolwiek tam zjeść. Idziemy dalej… Szukamy. Nadal nic. Zaczynamy rozmawiać. Że dla nas to ogromny szok. Że nigdy w życiu czegoś takiego nie widzieliśmy. Że jak to w ogóle możliwe. Docieramy do ekskluzywnej (jak na standardy Kuby) restauracji, która wygląda na aż nazbyt turystyczną. Zazwyczaj nie chodzimy do takich miejsc, ale dzisiaj chyba nie mamy wyjścia. Bez zastanowienia wchodzimy do środka, bo jesteśmy głodni. Zamawiamy znane nam z Hiszpanii croquettes. Nie są to najlepsze krokiety w naszym życiu, ale zawsze coś. Tuż obok restauracji, w samym centrum miasta, dostrzegamy hotel z basenem, który wygląda wręcz groteskowo i nie na miejscu – zagraniczni turyści bawią się tam w najlepsze. W restauracji natomiast są przyciemniane szyby, żeby ludzie z ulicy nie widzieli tych w środku. Co za nieporozumienie!

***

***

Dowiadujemy się, jak wygląda komunikacja dla localsów. Postanawiamy wybrać się na plażę do małej wioski pod Havaną. Idziemy według instrukcji do miejsca, z którego odjeżdża właściwy autobus. Dostrzegamy większą grupę ludzi czekającą na pojazd, więc to na pewno dobre miejsce. Siadamy byle gdzie i czekamy z nimi. Przyjeżdża autobus. Nagle okazuje się, że ci ludzie nie siedzieli w przypadkowych miejscach. Oni stworzyli kolejkę! Kto dłużej czekał, ten ma miejsce siedzące. Jestem pod wrażeniem. Jakimś cudem wsiadamy do przepełnionego autobusu, kupujemy bilety (koszt ok. 40 gr!), mamy miejsca stojące. Trzymamy się mocno, rozmawiamy, sprawdzamy naszą lokalizację – musimy wysiąść w odpowiednim miejscu. Ja obserwuję tutejszych, bo wszyscy są tacy odmienni i cholernie ciekawi. Młody chłopak, który ma na sobie więcej biżuterii, niż ja kiedykolwiek – kilka kolczyków w uszach i na twarzy, porządny gruby łańcuch na szyi, wielki sygnet u jednej i drugiej ręki. Przedłużane paznokcie u starszej Pani – paznokcie, których powstydziłby się każdy salon manicure w Polsce. Kiczowate, pełne błyskotek, o wiele za grube i w moim mniemaniu brzydkie. U nich to aktualny hit wśród paznokci, co wydedukowałam widząc kolejne właścicielki tego typu manicure. Nie jesteśmy jedynymi turystami. Obok nas grupka młodych, białych ludzi rozmawia po angielsku. Nagle jedna dziewczyna zaczepia nas i mówi, że długo nas słuchała, na początku nie mogła nas zrozumieć, ale teraz doszła do wniosku, że jesteśmy Polakami. I że ona też jest z Polski. Że mieszka w Meksyku. Że też jedzie na plażę. Niesamowite, że nawet na końcu świata możesz spotkać kogoś z Polski.

***

***

Ten sam dzień. Zachód słońca, więc pora zbierać się z plaży i ruszyć w kierunku Havany. Idziemy na przystanek, ja mocno opóźniam, bo od tygodnia kuleję. Siedzimy i czekamy na właściwy autobus. Wsiadamy. Jest przepełniony. Z nadzieją zerkam na miejsce za jedną z młodych kobiet. Nie jest to miejsce siedzące, ale dałoby się na nim siedzieć. Wyłapuje mój wzrok, uśmiecha się i pokazuje na migi, żebym usiadła. Uśmiecham się, dziękuję i siadam tuż za nią. Mat jest w zasięgu mojego wzroku. Tuż obok niego toczy się jedna z najlepszych autobusowych imprez. Jeszcze Wam o tym nie wspominałam, ale Kubańczycy uwielbiają głośną muzykę, więc noszą ze sobą wszędzie głośniki. Logiczne, nie? A więc głośnik na full. Hiszpański hip hop. Twerkujące dziewczyny. Lejący się rum. Wszyscy pełni życia. Starsze panie z nostalgią w oczach i pobłażliwym uśmiechem na twarzy oglądają te popisy. Nagle ktoś mnie zaczepia i częstuje rumem. Jestem mega zaskoczona. Dziękuję i odmawiam. Uśmiecham się. Kto by się spodziewał takiej imprezy w autobusie…

***

***

Siedzimy na kolacji w jednym z polecanych miejsc w przewodniku w samym centrum starego miasta. Telefonem nagrywam występ lokalnej grupy śpiewającej „Despacito” w kubańskiej wersji. Nagle ktoś podchodzi do naszego stolika, rzuca nam na stół jakąś kartkę i odchodzi bez słowa. To wizytówka. Secret Rum Bar. Jakiś adres. I w zasadzie tyle z informacji. Ciekawe, ale dzisiaj nie mamy ochoty na imprezowanie.

Następnego wieczoru spacerujemy bez celu po mieście. Dostrzegam stoisko z churrosami i informuję Mata, że muszę. Więc idę, zamawiam i czekam. Akurat tak się składa, że to TA ulica. Ulica z wizytówki. Jemy churrosy i wypatrujemy, gdzie może być Secret Rum Bar. Podchodzi do nas chłopak, który przed chwilą sprzedawał mi churrosy i rzuca identyczną wizytówkę. Pytamy go, gdzie jest to miejsce i postanawiamy iść w kierunku wskazanej kamienicy.

Dochodzimy do kamienicy, chcemy wejść do środka. W drzwiach stoi kilku niezbyt przyjaznych typów. Pytają nas, po co tu idziemy i czy mamy zaproszenie. Wyciągam z torebki dwie karteczki, tym samym informując, że mamy. Wpuszczają nas do środka. Ktoś prowadzi nas do windy. Ktoś inny już czeka w windzie, żeby zawieźć nas na samą górę kamienicy. Zaczynam się bać. Bać? Jestem wręcz przerażona. Na głos rozważam, co mogą nam zrobić i liczę, ile mamy przy sobie pieniędzy. Ja w dodatku mam w torebce wszystkie karty! Jesteśmy na Kubie, nawet nikt z bliskich nie sprawdzi naszej lokalizacji, bo nie mamy Internetu. Totalnie wątpię. Jedziemy w górę, nie mamy już wyjścia. Winda jedzie cholernie wolno, a czas dłuży się w nieskończoność. Docieramy na ostatnie piętro. Drzwi windy otwierają się, a na wprost stoi biała dziewczyna, totalnie pijana. Pod ramię trzyma ją prawdopodobnie jej chłopak. Oddycham z ulgą – to znak, że wypuszczają stąd ludzi! Wysiadamy z windy, a tam na dachu trwa właśnie w najlepsze jedna z najfajniejszych imprez, jakie w życiu widziałam. Światełka, młodzi turyści, rum lejący się strumieniami i świetna muzyka. Kubę da się lubić! :) 

***

***

Na dzisiaj to już tyle. W następnym wpisie opowiem Wam, co warto zobaczyć w Havanie i co robić, gdy pada deszcz! :)

Buziaki! 

POPRZEDNI POST

NASTĘPNY POST

3 comments

  • Ewa Macherowska

    07/03/2018 at 08:50

    To jest coś niesamowitego <3

  • Pati

    07/03/2018 at 17:35

    Mega super się to czytało!!! ❤

  • Monika

    07/03/2018 at 22:59

    Uwielbiam Twoje relacje z wyjazdów, bo zawsze mnie wciągają. :D Są świetnie napisane i bardzo ciekawe. Zdjęcia piękne! Te kolorowe budynki, samochody… Szkoda, że życie mieszkańców nie jest tak kolorowe. A może się mylę? Mimo wszystko, podziwiam ich, że nadal potrafią się bawić.To po prostu chyba taki typ ludzi, który docenia to, co ma.

ZOSTAW KOMENTARZ

Twój adres email nie zostanie opublikowany.