Blog post

BANGKOK – PIERWSZE WRAŻENIA I WSKAZÓWKI: CO ZOBACZYĆ, GDZIE JEŚĆ I JAK PRZETRWAĆ 40-STOPNIOWY UPAŁ?

Hej Kochani!

Mam do Was pytanie… Jakie jest Wasze pierwsze skojarzenie z Bangkokiem?

Dla mnie dotychczas był to film „Kac Vegas 2”, najpierw piosenka „One night in Bangkok”, później kawałek „Oh My Buddha” i rzecz jasna słynny na cały świat street food. Aż do momentu, w którym miałam okazję poznać to miasto…

Dzisiaj zamiast historii jednej nocy w Bangkoku, opowiem Wam historię dwóch dni w Bangkoku: moje pierwsze wrażenia oraz kilka wskazówek: co warto zobaczyć, gdzie zjeść i jak przetrwać niemalże 40-stopniowy upał? 

W Bangkoku byłam dwukrotnie – na początku naszego 3-miesięcznego pobytu w Tajlandii oraz na końcu. Przedstawię Wam zatem moje pierwsze wrażenie i drugie pierwsze wrażenie. :)

Pierwsze wrażenie? Jak to ujął Quebo „to miasto pachnie najgorzej”. Rzeczywiście, po wyjściu z lotniska to co mnie uderzyło, to intensywny zapach jedzenia, który niekoniecznie przypadł mi do gustu. Szłam przez miasto, totalnie zmęczona po kilkunastu godzinach spędzonych w podróży, ubrana w jeansy, z ciężkim plecakiem, w ponad 30-stopniowym upale. Jeszcze wtedy w lutym była to dla mnie dość wysoka temperatura. Szczerze mówiąc, czekałam na następny dzień, by wylecieć do Chiang Mai – mojej oazy spokoju. Nie polubiliśmy się z Bangkokiem. Wtedy jeszcze nie widziałam słynnej Khao San Road. Zamiast niej widziałam obskurne dzielnice i chciałam uciekać. W głowie miałam tekst, który wyczytałam na jednym z blogów – Bangkok można pokochać lub znienawidzić. Wtedy samą siebie zakwalifikowałam do tej drugiej grupy.

Drugie pierwsze wrażenie? Wynajęliśmy hotel tuż przy Khao San Road, czyli najsłynniejszej backpackerskiej ulicy w tym wielkim mieście. Ulicy pełnej klubów, barów, głośnej muzyki i ulicznych sprzedawców. Ulicy, na której zjadłam po raz pierwszy w życiu skorpiona (nadal w to nie wierzę!). To były nasze ostatnie dni w Tajlandii, więc staraliśmy się wykorzystać je na maksa. Zwiedzaliśmy i chłonęliśmy atmosferę miasta. 

Co warto robić w Bangkoku?

1. Zwiedzić Wielki Pałac Królewski

To miejsce zrobiło na mnie największe wrażenie! Piękne budynki, mnóstwo złota i kamieni szlachetnych. Klimat zupełnie jak z bajki! Dlaczego Pałac Królewski? Bo jeszcze do połowy XX wieku mieszkał tam król Tajlandii.

Uwaga! Odpowiedni ubiór jest tam bardzo rygorystycznie przestrzegany. Nie wejdziecie na teren Pałacu w ubraniach, które odsłaniają ramiona lub kolana. Przed bramą możecie kupić długie spodnie za 100 THB (10 zł) lub jeszcze taniej wypożyczyć. Weźcie ze sobą koniecznie nakrycie głowy, bo w kompleksie jest cholernie gorąco i ogromne pokłady cierpliwości, żeby nie oszaleć wśród ogromnych mas turystów. Wstęp: 500 THB.

Dodatkowo na terenie kompleksu warto zajrzeć do Muzeum Tekstyliów Królowej Sirikit. Tylu pięknych kreacji od Balmain (mój ulubiony dom mody!) jeszcze nigdy nie widziałam w jednym miejscu! Ciężko było mnie stamtąd wyciągnąć… Przyznam, że klimatyzacja też robiła swoje! ;)

2. Odwiedzić Leżącego Buddę

Widzieliście kiedyś 46-metrowego pokrytego złotem Leżącego Buddę? Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to musicie koniecznie zwiedzić Wat Pho! Co tu dużo mówić – robi wrażenie! OGROMNE!

Uwaga! W kompleksie jest sporo ostrzeżeń przed kieszonkowcami. Zapewne nie bez powodu.

3. Zobaczyć Flower Market

Kochacie kwiaty? Zatem koniecznie odwiedźcie kwiatowy market i zobaczcie, jak to się robi w Bangkoku! Ja byłam zachwycona olbrzymią ilością kwiatów niespotykanych w Polsce.

4. Zjeść kolację w Chinatown

Małe Chiny w Tajlandii? Bardzo proszę! W ciągu dnia Chinatown nie robi takiego wrażenia jak wieczorem, więc odradzam wycieczki poranne. Wybierzcie się tam na kolację, by zobaczyć mnóstwo chińskich neonów, czerwonych lampionów, setki straganów z jedzeniem i olbrzymie kolejki do najlepszych miejsc, w których naprawdę warto czekać, by zjeść np. rybę na parze w sosie limonkowym z chilli lub owoce morza. Pycha! Niestety, wieczorami nie zabierałam ze sobą aparatu, więc mam tylko zdjęcie zrobione w ciągu dnia. Musicie mi wierzyć na słowo. :)

5. Pić świeże soki

Na każdej ulicy Bangkoku znajdziecie mnóstwo stoisk z pysznymi świeżymi sokami w bardzo niskich cenach (2-3 zł). Polecam wypróbować każdy smak, po co się ograniczać! Idealne orzeźwienie w upalny dzień.

6. Poszaleć na Khao San Road

To bez wątpienia najbardziej słynna ulica w Bangkoku. Wcale mnie to nie dziwi – mnóstwo barów, klubów, straganów z jedzeniem, głośna muzyka, turyści z całego świata i popularne buckety w bardzo niskich cenach (wiaderka z drinkami, koszt ok. 10 zł). Są jeszcze sprzedawcy skorpionów i innych karaluchów – warto najpierw się potargować, a później spróbować tych przysmaków. Ja zjadłam małego skorpiona oraz robaka i muszę przyznać, że nawet mi smakowały! Relację z jedzenia tych specyfików zobaczycie na moim Instagramie @plaamkaa.

Warto wspomnieć, że w Tajlandii panuje prohibcja (w godzinach 14-17 oraz 24-11 obowiązuje zakaz sprzedaży alkoholu). Khao San Road rządzi się zupełnie innymi prawami – nasze ostatnie wyjście w Bangkoku skończyło się ok. 4 rano i nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek nie chciał sprzedać alkoholu po północy. ;)

7. Jeść, jeść i… jeść! 

Co tu dużo mówić – Tajlandia słynie z jedzenia! Rewelacyjnego jedzenia sprzedawanego na ulicach w bardzo atrakcyjnych cenach. Wiem, że w Tajlandii niektórych z Was na pierwszy rzut oka mogą odstraszyć warunki sanitarne w lokalach/straganach z jedzeniem, natomiast spędziłam tam 3 miesiące, jadłam w przeróżnych lokalach i ani razu nie zatrułam się żadnym posiłkiem. Oprócz standardowych straganów na ulicach w Bangkoku warto jeszcze odwiedzić miejsca z wyróżnieniem lub gwiazdką Michelin.

My byliśmy w takich miejscach jak: Elvis Suki, Ann Guay Tiew Kua Gai,  Nai Mong Hoi Thod, Raan Jay Fai.

Jedyne co powiem: naprawdę warto! Będę tęsknić chyba najbardziej za jedzeniem! ;)

8. Przejechać się tuk tukiem

I poczuć wiatr we włosach… Targujcie się, ale w miarę rozsądku. Aby negocjować cenę, warto pokazać, że w aplikacji GRAB (tajski odpowiednik UBERA) cena za kurs w wybrane miejsce jest dużo niższa. Natomiast jeśli kilku kierowców poda Wam taką samą możliwie najniższą cenę, to po prostu zgódźcie się na nią. ;)

Czego nie robić w Bangkoku? 

Jedyna atrakcja, którą Wam odradzam, jeśli nie macie zbyt wiele czasu, jest dom Jimma Thompsona. Chyba, że lubicie tracić czas, nudzić się i za to płacić. ;) Wprawdzie zobaczyliśmy tam, jak wyglądają tradycyjne tajskie (w bardzo innowacyjnym wydaniu) domy w środku oraz jak wytwarzać jedwab z jedwabników (za to duży plus), ale ogólnie zwiedzanie z przewodnikiem to nudy, a niestety bez przewodnika nie ma możliwości wejścia. W dodatku w środku nie można robić zdjęć – Mati ma teorię, że nie ma tam nic ciekawego, więc zdjęcia pojawiające się w Internecie zniechęciłyby potencjalnych odwiedzających. :D

Jak przetrwać 40-stopniowy upał?

Przyznam szczerze, że jedyne za czym nie tęsknię, to okropny upał, mocno dający się we znaki. W ostatnich tygodniach naszego pobytu w Tajlandii temperatury sięgały 40 stopni Celsjusza! Było parno, a każde wyjście z klimatyzowanego lokalu kończyło się przyklejonymi do ciała ubraniami. Niezbyt przyjemne uczucie. A teraz wyobraźcie sobie, że zwiedzacie Bangkok w takich warunkach! Cóż, czego się nie robi, żeby poznać tak wyjątkowe miasto… :)

Jak zatem przetrwać upał? 

  1. Ubrać się w lekkie, przewiewne ubrania. Jeśli nie macie lekkich, dłuższych spodni, w których możecie zwiedzać świątynie, polecam po prostu kupić je przed wejściem do Pałacu Królewskiego, założyć na szorty, a później zdjąć. Cena 10 zł za spodnie jest dosyć przystępna, a komfort zawsze stawiam na 1. miejscu!
  2. Pamiętać o nakryciu głowy. Kapelusz, chustka, czapka, turban – cokolwiek lubicie, weźcie to koniecznie ze sobą!
  3. Wachlarz. Nie wpadłam na to wcześniej, ale teraz dochodzę do wniosku, że naprawdę to bardzo przydatny gadżet. Do kupienia na każdym straganie w cenie 3-5 zł.
  4. Woda mineralna. Pijcie jej bardzo, bardzo dużo.
  5. Antyperspirant. Dużo się o tym nie mówi, ale serio – nie róbcie tego sobie i innym. Zaopatrzcie się w skuteczny antyperspirant.

Podczas wyjazdu do Tajlandii towarzyszyła mi cały czas Rexona Active Protection + Invisible. To nowość na polskim rynku. Miałam przyjemność testować ją w najgorszych możliwych warunkach i muszę przyznać, że świetnie się spisała, dzięki czemu przez te 3 miesiące pobytu w Tajlandii zawsze czułam się komfortowo.

Rexona Active Protection + Invisible to zaawansowane antyperspiranty, które zapewniają długotrwałą ochronę przed potem i nieestetycznymi plamami na ubraniach nawet do 48h. A kto lubi plamy? (Plamka się nie liczy!:D) Chyba nikt, prawda?

Jeśli chodzi o bagaż podręczny, pamiętajcie, że antyperspirant w sprayu o pojemności 150 ml nie przejdzie przez kontrolę! Ja niestety na to liczyłam i mój dezodorant został wyrzucony do kosza na lotnisku w Chiang Mai, a mi pękło serce, bo chciałam zrobić super zdjęcia w hotelu, do którego jechaliśmy! :D (dlatego zdjęcia zrobiłam dopiero po powrocie do Polski)

Zatem warto mieć zawsze przy sobie dezodorant w kulce! W Azji bez niego ani rusz. W sklepach 7-Eleven są dostępne małe dezodoranty Rexona – mega urocze i idealne do torebki! Mam nadzieję, że kiedyś identyczne pojawią się w Polsce. :>

Od siebie dodam, że oba preparaty mają przyjemny, świeży zapach. No i te plamy – wspominałam już, że nie ma o nich mowy? :)

Kochani, na dzisiaj to już tyle. Mam nadzieję, że spodobał Wam się wpis! A jeśli o czymś zapomniałam, koniecznie dajcie znać w komentarzu! :)

Buziaki! <3

Wpis powstał we współpracy z marką Rexona. 

POPRZEDNI POST

NASTĘPNY POST

12 comments

  • Ewa Macherowska

    22/05/2018 at 09:15

    Fantastyczny post! ;)

    1. Plaamkaa

      22/05/2018 at 20:30

      Ewa, dziękuję! :)

  • Daria

    22/05/2018 at 12:29

    Twoje zdjęcia są po prostu jak obrazki <3 jestem w nich zakochana!

    1. Plaamkaa

      22/05/2018 at 20:31

      Bardzo miło mi to czytać! Dziękuję! <3

  • Małgosia Niemczyk

    22/05/2018 at 15:48

    Byłam w Bangkoku 2 lata temu i od pierwszego dnia wiedziałam, że należę do tych, którzy kochają to miasto. Tydzień pobytu to było dla mnie zdecydowanie za mało. A nocnego życia na Khao San Road nigdy nie zapomnę :D Tam impreza przenosi się z baru na… ulicę. Chyba nigdzie indziej tego nie doświadczyłam, żeby tańczyć po prostu na drodze :) A byliście może w Sky barze? Widok jest niesamowity!

    1. Plaamkaa

      22/05/2018 at 20:32

      Nie byliśmy – mieliśmy japonki, sneakersy i bardzo mało czasu. Ale zamiast tego udawaliśmy vlogerów kulinranych i wpadaliśmy do lokali z gwiazdką Michelin (lub wyróżnieniem) i nagrywaliśmy filmiki zza kulis! Mega zabawa! :D :D

  • SoSimply

    23/05/2018 at 09:25

    Przepiękne widoki i zdjęcia! Chciałabym zabrac tam mojego narzeczonego :)

    1. Plaamkaa

      10/06/2018 at 17:52

      Może w podróż poślubną? :)

  • Monika

    29/05/2018 at 20:59

    Świetna fotorelacja! :)

    1. Plaamkaa

      10/06/2018 at 17:52

      Bardzo dziękuję! :)

  • Nattigi

    06/06/2018 at 08:50

    Jestem ciekawy do jakiej grupy ja bym się zaliczył 😉 na razie miałem okazje jedynie zobaczyć zdjęcia 😉 świetny wpis 👌

    1. Plaamkaa

      10/06/2018 at 17:52

      Ja również jestem bardzo ciekawa – Bangkok to totalne szaleństwo :))

ZOSTAW KOMENTARZ

Twój adres email nie zostanie opublikowany.